was successfully added to your cart.

„Polska Szkoła Reportażu zmieniła mi życie” – Kamil Bałuk

By 5 października 2017Autorzy, Książki

Rozmowa z Kamilem Bałukiem autorem książki Wszystkie dzieci Louisa, którą przeprowadziłem podczas festiwalu reportażu MiedziankaFest 26 sierpnia. Nie skupiamy się w niej jednak na nieprawdopodobnej historii, jaką opisał w swoim debiucie Kamil, a raczej na kulisach powstawania książki oraz na Polskiej Szkole Reportażu, której jest absolwentem i obecnie głównym koordynatorem. Jak sam mówi, ta szkoła odegrała w jego życiu kluczową rolę. Na koniec Kamil chętnie dzieli się cennymi radami skierowanymi do tych, którzy swój debiut książkowy mają jeszcze przed sobą. Zachęcam do lektury.

Od 21 kwietnia tego roku, czyli od premiery Twojej książki, udzieliłeś sporo wywiadów. Pewnie zdążyłeś już znielubić jakieś pytania?

Oj, bez przesady, fajnie, że ludzi interesuje coś, co napisałeś. Ale fakt, jeśli rozmawiam o książce z kimś, kto jej nie czytał i zna tylko opis, trochę się nudzę. Nie mam nikomu za złe, że nie czytał, tylko wprowadza mnie to w takie utarte koleiny opowiadania historii: „Jeden facet ma w Holandii 200 dzieci…”. Włącza mi się zdarta płyta i opowiadam wszystko w ten sam sposób, niestety tak jakoś działa ludzki mózg. Dlatego wolę, jak ktoś wyciągnie coś z treści, na przykład wąteczek o Surinamie i od razu ciekawiej się rozmawia. Nudzi mnie też pytanie „Jak wpadłeś na ten pomysł?”, bo jest zawsze, a odpowiedź jest w książce. Ale bez przesady – najbardziej na świecie lubię rozmawiać. Zadawaj pytania, jakie chcesz!

Kiedy odkryłeś reportaż? Kiedy zacząłeś myśleć o sobie jako o reporterze?

Dzisiaj trudniej wskazać taki moment. Nie ma etatów w redakcjach. Nie ma stałej drogi: od stażu do etatowego reportera. Kiedy jesteś freelancerem, to zastanawiasz się, czy już jesteś reporterem, czy może tylko osobą, która opublikowała reportaż. Po napisaniu książki reporterskiej trochę łatwiej powiedzieć o sobie: reporter. Uświadamiasz sobie, że jednak masz te konkretne cechy, jesteś otwarty na rzeczywistość, piszesz tak, że ktoś chce czytać.
Reportaż odkryłem jako siedemnastolatek. W II klasie liceum wziąłem udział w olimpiadzie z polskiego. Chciałem pisać o czymś współczesnym, bo nie lubiłem czytać Słowackiego i Mickiewicza. Reportaż był jedynym proponowanym tematem pracy w I etapie, który był współczesny. Niezbyt wiedziałem czym jest, czytałem wprawdzie jako dziecko „Magazyn”, ale głównie Słownik Najmłodszej Polszczyzny, nie same reportaże. I tak to po raz pierwszy przeczytałem książki Kapuścińskiego, Krall i Tochmana. Jakby trafił się wtedy inny temat, to byśmy może teraz nie gadali.

Jak trafiłeś do Polskiej Szkoły Reportażu?

Wiedziałem, że pojawiła się w Warszawie taka szkoła już od jej pierwszej edycji. Nie miałem na nią pieniędzy, a poza tym nie sądziłem, że mogę napisać reportaż. Skąd, jaki temat? Od nastolatka fascynowałem się szwedzką muzyką i filmem, więc na studiach tak szybko, jak się dało zacząłem uczyć się szwedzkiego, pojechałem na Erasmusa do Uppsali, z książką Polski hydraulik pod pachą. Książka mi się podobała. Mieszkanie przez pół roku w Szwecji – niezbyt. Mimo prób, nie udało mi się mocniej zaprzyjaźnić z żadnymi Szwedami, jacyś tacy chłodni byli. Wróciłem z poczuciem, że to piękny kraj, ale nie dla mnie. Postanowiłem nauczyć się jeszcze jakiegoś języka, poznać dogłębnie jakiś kraj.
Na MISH-u studiowałem socjologię i dziennikarstwo, z pierwszego kierunku nie chciałem iść na magisterkę, bo mnie nudził. Ciągnałem dziennikarstwo i dołożyłem do niego niderlandystykę. W międzyczasie miałem fajne zajęcia z łódzkim dziennikarzem Tomaszem Patorą, kiedy opowiadał o aferze łowców skór, miałem dreszcze. Już wiedziałem, że na Erasmus Praktyki pojadę z dziennikarstwa, że to jest to. Wybrałem staż w małej redakcji w Wielkiej Brytanii, już się prawie pakowałem, ale redakcję zamknęli. Wtedy mnie oświeciło, że byłem na konferencji dla młodych dziennikarzy, którą organizowała agencja prasowa z Antwerpii. Antwerpia to Flandria, mówią po niderlandzku. Idealnie. Bardzo się ucieszyli, pojechałem na pół roku.

To była agencja Stamp Media? Nad czym tam pracowałeś?

Tak. Polecam każdemu studentowi taki wyjazd. Pisali dla nich licealiści i studenci, ale sami redaktorzy mieli wieloletnie doświadczenie. Trafiłem na polskie sprzątaczki w Antwerpii, pracujące przed laty u ortodoksyjnych Żydów . W latach 90. Polki ukrywały się u Żydów w Antwerpii, żeby uniknąć deportacji do Polski. Były w Belgii nielegalnie, Żydzi jako jedyni dawali im pracę na czarno. Odkryłem cały podziemny świat polskich sprzątaczek, które dziś rządzą rynkiem sprzątania w Belgii. Dziś niektóre to businesswomen jeżdżące dobrymi autami. Mają świetne historie, fajnie opowiadają, swoim polsko-antwerpskim językiem. Miałem pierwszy w życiu temat, który mógłby nadać się na reportaż. (Zostań, kto nam posprząta)

Ale Polska Szkoła Reportażu wymaga od kandydatów przedstawienia tekstu wstępnego.

No właśnie! Co by tu wysłać? Jedyne, co miałem, to notka z bloga z pobytu w Szwecji. Pojechałem do Kiruny w Laponii i strasznie mnie zafascynowała. Trafiłem na moment, kiedy przenosili kopalnię. Cała Kiruna żyje wokół kopalni, więc razem z nią przewozili też o kilka kilometrów dalej swoje drewniane chaty. Podnosili całe domy i wywozili gdzie indziej. Fascynujący widok. No i jechaliśmy zaprzęgiem husky po zamarzniętym jeziorze, też fajnie. Napisałem o tym.
Odgrzebałem notkę po dwóch latach, okazało się, że wystarczyła. Dostałem się do Polskiej Szkoły Reportażu tym obrazkiem ze Szwecji, którą przecież uważałem za potknięcie na drodze. Jak widać, potknięć nie ma, wszystko się przydaje.

Jak, jako absolwent, mógłbyś zachęcić do podjęcia tam nauki ludzi, którzy zastanawiają się nad swoją drogą i myślą o reportażu?

Dzisiaj zajmuję się koordynacją szkoły. Jeśli ktoś czuje, że to może być coś dla niego, niech aplikuje, proste. Oczywiście, nie jest to tania szkoła, zbierałem na nią kilka lat, ale warto było. Można tylko zyskać, nawet jeśli się nie napisze tekstu końcowego, nawet jeśli nie zostanie się reporterem. To rok dla siebie, dla własnego rozwoju. Zakładam, że ktoś, kto się zgłasza, jest choć trochę zainteresowany reportażem, to pierwszy warunek. Trzeba wysłać zgłoszenie zawierające dwa teksty, najlepiej zbliżone do reportażu, to jest pierwsze sito. Zainteresowanie jest spore, więc jest selekcja. Nie przyjmujemy osób, które popełniają błędy ortograficzne, interpunkcyjne, więc na tym poziomie warto popracować nad warsztatem, jeśli komuś się to zdarza. Nie trzeba na pewno umieć pisać reportaży idealnych, jak wspominałem, wysłałem notkę z bloga i wystarczyło. Cały rok podzielony jest na części, jest dużo zajęć warsztatowych i dużo wykładów. Wszystkie z absolutnie najlepszymi reporterami: Hanną Krall, Mariuszem Szczygłem, Wojciechem Tochmanem, Wojciechem Jagielskim, Jackiem Hugo-Baderem, Justyną Kopińską, Magdą Grzebałkowską. Wszystko opisujemy na stronie www.instytutr.pl.

Lista wykładowców jest bardzo długa i są to osoby najlepsze w swoim fachu.

Jest do nich bardzo bezpośredni dostęp. Możesz zadawać pytania, a któryś z nich zostaje potem twoim tutorem, pracujecie jeden na jeden nad tekstem dyplomowym. Tutora można pytać o wszystko: jak wypracować podejście do bohatera, jak tekst napisać, na co zwrócić uwagę. To bezcenne. Można konsultować teksty z wyśmienitymi redaktorami z „Dużego Formatu” czy z „Wysokich Obcasów”.

Czy tutora student wybiera sam?

Nie, wybierają go organizatorzy, głównie na podstawie zgłaszanych tematów. Mamy tzw. giełdy tematów – trzy doświadczone osoby muszą zaakceptować temat, na podstawie swojego doświadczenia potwierdzić, że z tego może być reportaż. Potem dobieramy tutora, który pomoże ukończyć ten reportaż, tak nad nim pracować, aby był ciekawy.

Bo szkołę kończy się napisaniem kompletnego reportażu.

Czasami i trzech, jak ktoś ma dobre flow! Żeby dostać dyplom, trzeba napisać reportaż zaakceptowany przez tutora, czyli w takiej formie, że zdaniem tutora ani on, ani autor nie są w stanie już go poprawić. Tutor uznaje, że tekst jest gotowy do wysłania do jakiejś redakcji i jest szansa, że ktoś będzie nim zainteresowany. Studenci publikują w „Dużym Formacie”, „Wysokich Obcasach”, „Polityce” czy „Tygodniku Powszechnym”, wielu jeszcze w trakcie nauki. Mnie udało się opublikować w DF trzy czy cztery reportaże jeszcze w roku, w którym zacząłem. Nie ma na to gwarancji, nikt nikomu nie wciśnie po znajomości tekstu do DF-u, choć niektórzy opowiadają takie brednie o PSR. Faktem jest, że dzięki szkole można dość szybko wskoczyć w obieg. Poznajesz reporterów, redaktorów, dowiadujesz się, czego oczekują.

Jak przed chwilą wspomniałeś, obecnie jesteś głównym koordynatorem w Polskiej Szkole Reportażu. Chciałeś zostać blisko swoich mentorów?

Gdzie tam, to był przypadek. Szkoła zmieniła mi życie, byłem jej dużym fanem. Opublikowałem parę reportaży, m.in. ten pierwszy o polskich sprzątaczkach w Belgii. Byłem szczęśliwy, wiedziałem, że to przełomowy punkt. Poszedłem na dziennikarstwie we Wrocławiu na studia doktoranckie, pisałem reportaże na freelansie, ale dość mało, bo zrozumiałem, że wolę pisać lepiej, a mniej. Jakoś z tego żyłem.
„Może przeprowadzimy się do Warszawy?”, spytała w samochodzie pewnego dnia moja dziewczyna. Nie było powodu, po prostu warto czasem spróbować czegoś nowego, a po mieszkaniu w kilku miejscach w Europie, stolica nie wydawała się specjalnie onieśmielająca. Przeniosłem studia doktoranckie na rok do Warszawy, potem je zresztą rzuciłem, moja dziewczyna zmieniła pracę. Pojechałem do Warszawy, oczywiście tradycyjnie odwiedziłem księgarnię Wrzenie Świata i mojego tutora z PSR, Mariusza Szczygła. Powstawało wtedy wydawnictwo Dowody na Istnienie. Dotychczasowa koordynatorka szkoły, Julianna Jonek, miała zostać jego redaktor naczelną, ktoś musiał ją zastąpić. Pomysł był spontaniczny, znalazłem się w dobrym miejscu i czasie. Sporo ryzykowali, znali mnie ze szkoły jako osobę piszącą i nie mieli pojęcia, czy dam radę organizacyjnie. Ale pracujemy razem od kilku lat, lubimy się, cały czas robimy nowe rzeczy.

Przejdźmy do samej pracy nad książką Wszystkie dzieci Louisa. Przyszedłeś do Mariusza Szczygła z 10 tematami. Temat o spermowej aferze był na Twojej liście numerem 6. Czy w każdy z tych tematów wierzyłeś jednakowo? Czy to, że był na 6. miejscu, oznaczało, że…

…interesował mnie jako szósty w kolejności? Tu mamy przykład mojego zaskakującego braku bystrości w pierwszej chwili, gdy mi się coś przydarza. Orientuję się często dopiero po fakcie. Chodzi Ci o to, że to dziwne, że taki ciekawy temat był dla mnie dopiero numerem sześć?

Tak.

Nie wiem dlaczego, ale nie zauważyłem w tym tematu na książkę. Z tematami mam tak, że potrzebuję informacji zwrotnej. Tak jak potem ważne są dla mnie reakcje czytelników, tak przy wyborze tematu jest dla mnie istotne, żeby redaktor mi odpisał: „Spoko, podoba mi się”. Wtedy wiem, że to mój temat, czuję go, ale nie jestem z nim sam.

Jesteś w dobrej sytuacji. Za plecami masz najlepszych. Możesz pójść do Mariusza Szczygła, Wojtka Tochmana.

Niby tak, ale taką sytuację mają w Polskiej Szkole Reportażu też inni, przez cały rok i później, po szkole. Z kolei Szczygieł często jest we Wrzeniu Świata. Porozmawia z każdym, kto go zagadnie. Albo sam cię zagadnie. Wpadnij kiedyś.
No i ja tak właśnie kiedyś przyszedłem do niego, miałem sporo tematów na reportaże z Holandii, chciałem o nich porozmawiać.

Czyli wszystkie tematy dotyczyły Holandii?

Żaden polski reporter nie pisał książki z tego kraju, wydawało mi się to ciekawe. Chciałem pracować kilka lat. Nie sądziłem, że książka ukaże się szybciej i to wcale nie ta, którą miałem w głowie.

Tu pomógł Konkurs Stypendialny im. Ryszarda Kapuścińskiego.

Wysłałem projekt Wszystkich dzieci Louisa. Jeden mężczyzna, dwieście dzieci, które po latach odnajdują się dzięki bazie DNA. Zakwalifikował się do finału, czyli dostałem swoją informację zwrotną: komuś się podoba, a ludzie, którzy są dla mnie autorytetami, dostrzegli w projekcie temat na książkę. Miałem mało informacji, tyle co na trzy strony wniosku, który napisałem na ten konkurs. To było wszystko, co wiedziałem. Gdyby ktoś wtedy poprosił mnie o więcej, nie miałbym nic do powiedzenia.

Nie miałeś nic w zanadrzu? Nic jeszcze nawet nie zacząłeś zbierać?

Jeszcze nawet nie wiedziałem, czy ktokolwiek zgodzi się ze mną spotkać. Często próbuję szczęścia, mając takie minimum. Nie zakopuję się niepotrzebnie w planach, wahaniach, przygotowaniach przez wiele miesięcy czy lat, wystarcza małe coś, z czym można iść do przodu. Potem próbuję, próbuję, raz na kilka razy się uda z tym minimum. Na niderlandystyce nie byłem dobrym studentem. To był mój trzeci kierunek, dojeżdżałem do Polskiej Szkole Reportażu i nie miałem czasu. Na poprzednich studiach miałem stypendium i średnią bliską 5,0, niderlandystykę skończyłem z 3,5 na dyplomie. Ale wiedziałem, w przeciwieństwie do niektórych młodszych studentów, po co to robię. Wiedziałem, że nie będę tłumaczem, tylko reporterem, któremu przyda się narzędzie w postaci dodatkowego języka. Filologia jest lepsza niż kurs językowy, bo daje wiedzę o kulturze i historii.

Powiedz mi więc, jak dalej potoczyły się sprawy wydania tej książki. Bycie finalistą w tym prestiżowym konkursie zwraca uwagę wydawców. Czy Dowody na Istnienie to jedyny wydawca, który się do Ciebie zwrócił z propozycją?

Nie, było kilku dobrych wydawców, ale czułem, że ponieważ Mariusz Szczygieł i Wojciech Tochman byli tymi osobami, które pozwoliły mi uwierzyć, że z tego może być książka. Nawet jeśli dla nich to była tylko krótka i nieznacząca rozmowa. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym pójść gdzieś indziej.

Chciałeś się im odwdzięczyć? Nie brałeś pod uwagę np. warunków umowy, kwestii finansowych?

Dowody są świetnym wydawnictwem, a dla mnie bardziej od kwestii finansowych liczyła się możliwość pracy z dobrym redaktorem. Miałem świetną redaktorkę – Magdalenę Petryńską i tutoro-redaktora, czyli Mariusza Szczygła. Nie można sobie wymarzyć lepszego tandemu. Zresztą wszystkim koleżankom i kolegom, którzy są przed pierwszą książką, mówię teraz, że Dowody na Istnienie są idealne na debiut reporterski.

Czy trudno było Ci przełknąć jakieś ich zmiany, próbowali Ci coś napsuć?

Mariusz i ja czujemy podobnie historie, język, rozmówców. Minimalnie skrócił tekst, przed pisaniem poddał mi kilka rozwiązań narracyjnych. Potem nie pamiętał, że były jego i kiedy czytał książkę, mówił: „O, fajnie wymyśliłeś!”. To człowiek miliona pomysłów, więc nie przywiązuje się do nich specjalnie. Magdalena Petryńska z kolei wyrzuciła kilka grafomańskich fragmentów, zaufałem jej. Idealny zespół.

Bycie jedynie finalistą Stypendium im. Ryszarda Kapuścińskiego nie wiąże się z żadną finansową dotacją, nagrodą pocieszenia. To wydawnictwo umożliwiło Ci napisanie tej książki? Chodzi mi o kwestie finansowe. Jesteś freelancerem, a musiałeś często wyjeżdżać na wiele tygodni.

Miałem trochę swoich pieniędzy, dostałem zaliczkę na pokrycie kosztów, ale nie starczyło na całość. Trzeba wymyślić sobie sposób. Ludzie różnie sobie radzą, np. Kasia Boni, świetna reporterka, też z naszej szkoły, mówi, że jadąc w jakieś miejsce, przy okazji dokumentowania książki pisze jeszcze artykuł kulinarny, o podróży, reportaż. Z takich małych tekstów się utrzymuje pracując na książką. Niektórzy dokładają z oszczędności, robią wszystko niskobudżetowo. Ja latam tylko tanimi liniami, śpię sporo u znajomych. Miałem stypendium na uczelni i stałą pracę w Instytucie Reportażu, która pozwalała mi na częste wyjazdy. Jakoś się pisało. Ogólnie jednak samemu trzeba trochę zainwestować.

Myślisz, że po tym, jak zostałeś laureatem Stypendium im. Ryszarda Kapuścińskiego w kolejnej edycji, z następną książką będzie łatwiej?

Tak, ale 30 tysięcy to wciąż jest niedużo jak na kompleksową książkę. Ola Lipczak, która wygrała rok przede mną, też to powtarza. Na Ludzi z Placu Słońca dostała jeszcze drugie stypendium ministerialne i nie sądzę, żeby coś z tego wydała na bzdury. Zachodnie kraje są drogie. W reportażu nie ma wielkich pieniędzy, a jest dużo frustracji, to nie dla każdego. W liceum byłem w matfizie. Moi kumple są informatykami, inżynierami i wiem, że zarabiają dużo lepiej ode mnie. Ale ja mam za to ciekawszą pracę.

Przestrzegasz przed motywacją finansową. Jaka jest Twoja motywacja? Po co piszesz?

Jeśli kiedyś będę się utrzymywał tylko z pisania, to możemy jeszcze raz porozmawiać i sprawdzisz, co wtedy będę mówił. Na razie się nie utrzymuje i mam parę innych celów.
Bardzo bym chciał coś poruszać w czytelniku. Lubię, kiedy ktoś mówi, że przeczytał coś, co napisałem, i po przeczytaniu myśli inaczej, wie więcej.  Piszę trochę przekornie: jeśli ktoś ma zdanie na dany temat i bardzo mocno się go trzyma, zrobię wszystko, żeby je choć na moment zmienił. Chcę raczej pokazać komuś, kto postrzega jakąś sprawę czarno-biało, że ona jest w odcieniach szarości. Staram się dokumentować solidnie, docierać do wielu stron. Zapukać do znienawidzonego doktora Karbaata, dokopać się do gazet z XIX wieku z Surinamu. Nigdy nie powiem jednak, że jestem obiektywny, bo reportaż to żywioł subiektywizmu.
Lubię bawić się formą. Doceniam reporterów czy pisarzy, którzy piszą ciekawie pod względem formalnym. Chciałbym zawsze chociaż troszeczkę zaskakiwać formą. Samego procesu pisania nie lubię, to dla mnie naprawdę ciężka praca. Lubię z kolei moment zaraz po tym, jak coś napiszę, gdy jest gotowe i nie mam już nic do poprawiania. Przynajmniej do kolejnego dnia, kiedy znów wszystko redaguję na nowo.
Reportaże piszę też dlatego, że można w nich zupełnie na legalu wniknąć w życie innych ludzi w niemożliwie wścibski sposób. Jestem strasznie ciekawski i robiąc reportaże, mogę dać temu upust. Na co dzień, kiedy rozmawiam z ludźmi, mam w głowie pytania, które poza reportażem są, mam wrażenie, niegrzeczne, naruszają czyjąś prywatność. Kiedy przychodzę jako reporter, ustalamy zasady i wiemy, po co się spotkaliśmy. Zdarza mi się rozmawiać z osobami, które lubią zainteresowanie mediów. Wtedy wspaniale spędzamy kilka godzin, symbioza doskonała, o ile są interesujący. Ale przecież każdy trochę jest.

A co podczas pisania Wszystkich dzieci Louisa było dla Ciebie najtrudniejsze? Może masz np. jakiegoś wewnętrznego sabotażystę, który przeszkadza Ci w tym, co robisz, i musisz z nim walczyć?

Tak, mam taką cechę, potworną: zawsze w ostatniej chwili mam przemożną chęć odwołania wszystkiego, co ustaliłem. Na kilka godzin przed rozmową z kimkolwiek, proszę w duchu, żeby osoba, z którą jestem umówiony, odwołała spotkanie. Nie umiem tego wytłumaczyć. Po pięciu minutach rozmowy jest już super. Ale w ostatniej chwili najchętniej bym uciekł i jeśli trafi się rozmówca, który ma tak samo, to mamy problem.
Przy pracy nad Wszystkimi dziećmi Louisa spotkałem osoby, które odwoływały spotkania, kiedy miałem już kupione bilety do danego miasta, noclegi. Jedna z nich, nie Louis ani Kaarbat, tylko jedno z dzieci, odwoływała spotkanie w jego dniu aż trzy razy. Umówienie się zajęło nam półtora roku. Ale powiedziała mi dużo ciekawych rzeczy, było z tego kilka stron w książce.
Z kolei w przeddzień spotkania z Louisem to ja spóźniłem się na samolot. Louis nie lubi nieoczekiwanych wydarzeń, chciał przejść na wywiad mejlowy. Gdybym przez tę moją słabość czy zaniedbanie nie mógł się z nim spotkać, miałbym dwa razy gorszą książkę, bo rozmowa z Louisem była absolutnie kluczowa. Musiałem się też zmuszać do kolejnych prób odwiedzin doktora Karbaata. Wystawałem pod jego bramą – wielką, czarną, cmentarną, czułem się jak nagabywacz. Zastanawiałem się, czy mam do tego prawo. Czy to nie jest za dużo, ale kiedy się udało, on wydał się bardzo szczęśliwy, że porozmawialiśmy. To mi pokazało, że warto próbować i nie odpuszczać.
Jestem prokrastynatorem i najbardziej lubię robić nie to, co w danej chwili muszę, tylko coś zupełnie innego. Kiedy jestem w Holandii, nagle świetnie mi się odpisuje na mejle z pracy z Polski. W Warszawie odwrotnie.
Sabotaż przy pisaniu? Na pewno przekraczanie terminu oddania tekstu, ale nie jestem jedyny. Wydaje mi się, że wydawcy wiedzą, że terminy w umowie są bardzo UMOWNE.

Jacek Hugo-Bader mówił, że reportażyści, którzy oddają teksty w terminie, psują rynek 😊

Reportażyści, którzy oddają teksty na czas, to jest Filip Springer. Kropka. Nie znam innych. Chociaż nie, ostatnio słyszałem, że koleżanka, która ma wydać książkę w Dowodach, wysłała całość przed terminem i to dwa razy więcej znaków, niż miało być. Bóg ją najwyraźniej opuścił.

Mam wrażenie, że w swojej książce nie ustawiasz się jednoznacznie po żadnej ze stron. Pytania, z którymi zostawiasz czytelnika, są trudne. Całe państwa nie umieją sobie na nie odpowiedzieć. To są takie pytania, jak: Czy kobiety, które świadomie wybrały życie bez mężczyzn mają prawo do inseminacji? Czy homoseksualista może być dawcą nasienia? Czy też dwa najbardziej sprzeczne, dwa najważniejsze: Czy dawca nasienia może mieć prawo do anonimowości i czy dzieci mają prawo do wiedzy o tych biologicznych korzeniach, o ojcu? Mając taką władzę w postaci stron książki, nie kusi Cię, żeby czasami jednak po którejś z tych stron się opowiedzieć? A szczególnie w kraju, w którym instytucja kościoła w takich sprawach ma ciągle zbyt dużo do powiedzenia. Bo to nie jest problem holenderski, tylko problem nas wszystkich, społeczeństw, w których coraz trudniej jest mieć dzieci. Ja rozumiem, że dla reportażu lepiej pozostawić czytelnika bez odpowiedzi, ale czy osobiście wierzysz w moc sprawczą reportażu, że możesz nim pociągnąć ludzi za sobą i coś zmienić?

Wierzę w moc sprawczą reportażu, ale taką mikro, że jedna osoba może dzięki wątpliwościom, które w niej wzbudził tekst, zmienić swoje podejście do czegoś. I to mi się podoba. Jeśli ta osoba decyduje o kimś więcej niż o samym sobie, będzie np. politykiem – to tym lepiej. Najłatwiej podejmować decyzje, kiedy mamy bardzo mało wiedzy i najlepiej gdy jest ona czarno-biała. Wtedy łatwo o radykalizm. Jest to niesamowicie kuszące i proste.
Powtarzam sobie, że nie jestem publicystą. Jeśli ktoś mnie zaprosi na debatę związaną z rozrodczością, czy tożsamością dzieci z dawstwa, chętnie wezmę w niej udział. Ale nie ma ich dużo, w Polsce ta debata nie istnieje.
Mała strategia na takie spotkania: czekam na jednoznaczne wypowiedzi dyskutantów, czy publiczności. Kiedy ktoś wygłasza radykalny sąd albo jest bardzo pewny swojej opinii, chętnie zadaję mu dwa pytania, które podważą tę jego pewność. Taka moja rola – pytać. Nie lubię mówić, co sądzę sam.
Mam swoje poglądy, ale nic mi nie daje ich wygłaszanie. Potrafię przyjąć argumenty różnych stron i nie mam pokusy, żeby opowiadać się po którejś z nich. Szczególnie w takiej złożonej kwestii jak ta. W kwestii, czy powinno być dużo ścieżek rowerowych w polskich miastach, mówię: Tak. I będę się kłócił z każdym, kto uważa odwrotnie. Czy powinniśmy ograniczać ruch samochodowy? Też. Czy powinniśmy przechodzić na dietę bezmięsną? Też raczej tak, mimo że sam jem mięso. Są takie rzeczy, w których jednoznacznie mogę się opowiedzieć po jakiejś stronie, ale w tak trudnej, skomplikowanej i nieredukowalnej do kilku pytań i odpowiedzi sprawie na pewno nie będę wygłaszał jednoznacznych opinii. Dlatego powstała książka.

Co dała Ci ta książka? Odkryłeś coś w sobie przy jej pisaniu?

Pewność, że potrafię napisać książkę reporterską. Trudno mi to podważyć, kiedy już trzymam ją w rękach. To dużo, przez lata w to nie wierzyłem. Dała mi też pewność, że potrafię robić wywiady i po niderlandzku, i po angielsku, no i zapanować nad ogromem materiału, bo o to też się bałem. Poza tym – dużo niepewności i pytań. Odkryłem w sobie też konserwatyzm, którego nie widziałem jeszcze kilka lat temu. Kiedyś myślałem, że wszystkim wszystko powinno być wolno. Już tak nie uważam. Wolność rodzica, lekarza i dawcy, ogranicza wolność przyszłych dzieci. Co zrobić z tym paradoksem?

Mówisz o tematach związanych z organizacją, ze sprawami technicznymi. Rozumiem, to był Twój debiut, więc te wszystkie wątpliwości mieć musiałeś, ale czy np. po napisaniu tej książki i zgłębieniu tematu mógłbyś zostać dawcą nasienia?

Nie chciałbym. Zbyt dużo wiąże się z tym wątpliwości moralnych. A czy sam zdecydowałbym się na dziecko z dawcy? Dopiero postawiony przed taką sytuacją będę to wiedział. Na razie nie zamierzam sobie tego wyobrażać, choć oczywiście prace nad książką sprawiły, że mam dużo danych.

Jakie rady miałbyś dla ludzi, którzy mają swój debiut książkowy jeszcze przed sobą. Ogólnie, niekoniecznie dla przyszłych reportażystów. Może np. dotyczące promocji książki przez autora? Masz za sobą wydawnictwo z nazwiskami.

Fajnie, kiedy autor potrafi dbać o promocję swojej książki. Są na to rewelacyjne przykłady, jak Katarzyna Bonda czy Remigiusz Mróz. Oczywiście reportaż to trochę co innego niż kryminał, ważny jest istniejący bohater. Jest wciąż wielu reporterów, pisarzy, którzy brzydzą się autopromocją. Szanuję to, myślę, że to różnica pokoleniowa, młodsi mniej się krygują, ale uważam i już się o tym sam przekonałem wielokrotnie, że takie podejście jest zakłamane. Znam twórców krytykujących jakiekolwiek formy autopromocji, a równocześnie skrycie mających bardzo duże parcie na szkło. Warto dobrać swoją miarę, nie przesadzać, nie pchać się za bardzo, ale jednak być dumnym z tego, co się robi, próbować promować książkę najlepiej, jak się da.

Mówiłeś, że pomagasz researcherom. Na moim przykładzie widać, że nie odmawiasz też początkującym blogerom.

Jeśli ktoś chce mi i mojej książce poświęcić kilka minut, to przecież powinienem to szanować, to bardzo miły gest pod moim adresem. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym gwiazdorzyć, nie mam ku temu powodów.
Jeśli chodzi o rady dla młodych twórców, to, po pierwsze, trzeba wierzyć w to, co się robi, choć nie przesadnie, bo może z tego wyniknąć megalomania i łatwo się pogubić.
Po drugie, trzeba być gotowym na to, że czasem coś, co zrobimy może się wydawać na pozór porażką, ale wiedzieć, że nie jest. Nie pamiętam, kto jest autorem tego cytatu, ale bardzo go lubię: „Nie ma błędów, są informacje”. Coś, co się na początku wydaje potknięciem, bywa etapem na drodze do tego, żeby wpaść na właściwy tor. Warto więc być gotowym na to, że nie zawsze wszystko pójdzie dobrze, że niektóre teksty ktoś odrzuci.
Po trzecie, nie warto wydawać książki zbyt szybko. Lepiej jest wydać później dobrą książkę niż wcześniej słabą. Nie warto niepotrzebnie podniecać się tym, że pierwsze wydawnictwo chce podpisać z nami byle jaką umowę. Umowa na moją książkę z Dowodami na Istnienie i jej podpisywanie to nie była moja pierwsza rozmowa o książce. Wcześniejsza książka nie powstała i bardzo się z tego cieszę, znam osoby, które wydały pierwszą książkę pochopnie i dziś wolałyby, żeby jej nie było. Ja tak nie mam. Naprawdę warto chwilę poczekać, potem już się tego nie cofnie, po pierwszej książce nie napiszesz pierwszej książki.
Ale nie warto czekać w nieskończoność. Znam takich, którym wydaje się, że żeby napisać książkę reporterską, muszą opublikować sto reportaży w prasie, zdobyć kilka nagród i dopiero wtedy mogą zacząć myśleć o książce. Teraz rynek jest trochę inny. Dużo łatwiej jest wydać książkę – jakąkolwiek gdziekolwiek. Nie można stać w blokach startowych nie wiadomo ile, ale też nie trzeba brać byle czego.
Nie warto też robić tego, co sam robiłem i co, być może, niektórzy teraz robią ze mną czy moimi kolegami. Mianowicie sprawdzać, kto ile ma lat, w jakim wieku wydał pierwszą książkę. To głupie, mówię to otwarcie. Nic mi to nie dało. Są autorzy, którzy zadebiutowali późno, a dobrze.
Oprócz tego – cierpliwość i pokora. Raczej słuchać ludzi bardziej doświadczonych niż swojej intuicji. Nie dać sobie zmieniać całej koncepcji, ale nie stawiać na swoim za wszelką cenę. Trochę jak Holendrzy, którzy chwalą umiar, mówią „bycie normalnym jest wystarczająco szalone” – polecam uwierzyć, że coś jest już wystarczające i iść w to.

Kamil Bałuk i Jarek Danielak podczas festiwalu reportażu Miedzianka Fest